Lista aktualności Lista aktualności

Wyjaśnienie w sprawie artykułu w czasopiśmie „Nature"

W lipcowym „Nature" (nr 583 z 2 lipca 2020 r.) ukazała się analiza rozmiaru użytkowania lasów w Unii Europejskiej.

Publicystyczne brzmienie tytułu („Gwałtowny wzrost użytkowania lasów w Europie po 2015 r.”) zachęciło polskie redakcje do publikacji jeszcze bardziej emocjonalnych. Onet napisał: „Polska w europejskiej czołówce wycinki drzew”, Wyborcza: „Europa coraz mocniej tnie swoje lasy. Polska w czołówce wycinaczy”.

Nikt nie ukrywa, że pozyskanie drewna w Polsce rośnie od 30 lat. Nie skokowo, a stabilnie. Dlaczego rośnie? Bo rosną zasoby drewna w polskich lasach (niemal dwukrotny wzrost nastąpił od 1990 r.). Wskazują to sami autorzy artykułu w „Nature”. Pod względem wzrostu biomasy w lesie Polska jest wśród liderów w Unii. Wycinamy mniej niż przyrasta, dlatego zasoby drewna w polskich lasach wciąż rosną. Pod względem wzrostu biomasy w lesie Polska jest wśród liderów w Unii. Wycinamy mniej niż przyrasta, dlatego zasoby drewna w polskich lasach wciąż rosną. Z „Nature” dowiemy się, że w Polsce pozyskuje się nieco ponad 1 proc. całości biomasy leśnej rocznie. Szkoda, że tych szczegółów nie pozna czytelnik GW i Onetu.

Wyjściowy materiał do analizy w „Nature” to Global Forest Watch. Narzędzie dostępne w Internecie bazuje na silniku Googla analizujące zdjęcia wykonane przez satelitę Landsat. Te mają rozdzielczość na poziomie 30x30 m.

W warunkach lasów borealnych czy w Amazonii, gdzie drzewa wycina się na działkach mierzonych w kilometrach kwadratowych ta skala wydaje się adekwatna. W Polsce przy tej skali wiele niuansów umyka.

Umyka na przykład to, że na dużą skalę stosujemy tzw. rębnie złożone. Gdzie najpierw wycinamy np. gniazda lub znacznie rozrzedzamy drzewostan, by wprowadzić nowe pokolenie drzew. Ostatnie dojrzałe drzewa usuwamy po dekadzie lub później. Kolejne pokolenia zazębiają się ze sobą i w efekcie powierzchnia cięć nie jest trwale pozbawiona okrywy drzew. Takich praktyk nie stosuje się powszechnie w innych krajach Unii.

Ale Global Forest Watch ich nie dostrzega i konsekwentnie widzi „wylesienie”. Nasze starania o zachowanie ciągłości okrywy leśnej wrzuca do jednej kategorii ze zrębem w północnej Szwecji, który może mieć nawet kilkadziesiąt hektarów.

Ale nawet Global Forest Watch oprócz „utraty lasu” odnotowuje także jego „pojawianie się”. Artykuły w Onecie i „Gazecie Wyborczej" nie wspominają o tym. W polskich warunkach możemy mówić przede wszystkim o sytuacji, gdy w miejsce wyciętych drzew sadzone są nowe. Nie chodzi o deforestację, czyli trwały ubytek powierzchni lasów, przekształcanych na grunty inaczej użytkowane, z czym mamy wciąż do czynienia w Amazonii.

Duże wątpliwości budzi powtórzona przez autorów Onetu i GW informacja, jakoby w Polsce powierzchnia, na której wycinano drzewa wzrosła w ostatnich latach aż o 58 proc. Z danych Lasów Państwowych wynika, że w 2016 r. i wcześniej użytkowaliśmy rębnie lasy na powierzchni ok. 55 tys. ha. W 2018 r. sięgnęliśmy pułapu 62 tys. ha (wzrost o 13 proc.). Lasy prywatne, gminne, parków narodowych to ¼ naszych leśnych zasobów. Sporo drzew rośnie na gruntach, które oficjalnie pozostają użytkami rolnymi. Skąd więc ten 58-procentowy skok?


Okres, który analizuje włoski zespół ze Wspólnego Centrum Badawczego Komisji Europejskiej w Isprze (2016-19) w Polsce nakłada się na efekt huraganu z lata 2017 r. Wszyscy pamiętamy obrazy zniszczonych i połamanych drzew, m.in. za sprawą tragedii, która wydarzyła się w obozie harcerskim w Borach Tucholskich. Powierzchnia szkód objęła 100,5 tys. ha. Do całkowitego odnowienia nadawało się 29 tys. ha. Efekt obserwowaliśmy także w postaci skokowego wzrostu ilości pozyskanego drewna.
Autorzy opracowania zastrzegają się jednak, że tego rodzaju anomalie, w tym również pożary, starali się wykluczyć. Czy się udało? Patrząc na mapy obrazujące użytkowanie lasu w kolejnych latach, można mieć duże wątpliwości. Owszem, mapki są bardzo małe, ale nie na tyle, by na tych z lat 2017-18 nie dostrzec obszaru, przez który przeszedł huragan. I który leśnicy musieli uprzątnąć.

I tu najprawdopodobniej tkwi wyjaśnienie kolejnej „zastraszającej” wielkości. W badanym okresie (2016-19) w Polsce aż o 34 proc. miałaby wzrosnąć średnia powierzchnia zrębu. Tak, to do jakiegoś stopnia możliwe. Połacie lasu zniszczone przez huragan, gdzie uprzątaliśmy połamane drzewa były wielokrotnie większe niż maksymalna powierzchnia zrębów, która wynosi 6 ha.

Jest jeszcze inna możliwa przyczyna. Komputer nie wychwytuje jedynie zrębów założonych w danym roku, a powierzchnie, które uznaje za pozbawione lasu. „Zrębem” jest więc bieżący zrąb i sąsiadująca z nim kilkuletnia uprawa, na której młode drzewa są zbyt niskie, by je dostrzec w pikselach 30x30 m. W Polsce musi minąć minimum 4-5 lat, by założyć zrąb na sąsiedniej powierzchni. Tymczasem z analizy w „Nature” dowiadujemy się, że w ostatnich latach mamy w kraju kilkanaście procent zrębów o powierzchni przekraczającej 7,2 ha (dla przypomnienia – te w normalnych warunkach nie przekraczają 6 ha). Mimo to znajdujemy się w grupie tych państw, gdzie powierzchnia zrębów należy do najniższych.

Atutem wielkoskalowych analiz zdjęć satelitarnych jest możliwość śledzenia trendów. Jednak im bardziej zagłębiamy się w szczegóły, tym sytuacja bardziej zróżnicowana, a wnioski muszą być ostrożniejsze. Dobry przykład to pokrycie lasami. Na podstawie danych z Global Forest Change lesistość UE to 38 proc. Oficjalne statystyki unijne mówią natomiast o pokryciu lasami na poziomie 43 proc.

W przypadku Polski jest dokładnie na odwrót. Oficjalna lesistość to 29 proc, a odczytana przez satelity to aż 34 proc. Potwierdzenie, że Polska jest faktycznie bardziej zalesiona niż podają to oficjalne statystyki znajdziemy też w badaniach krajowych, finansowanych przez Lasy Państwowe. Dzięki nim wiemy, że ogromna powierzchni pól i łąk, które porzucone kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu zamieniły się w regularne lasy. Wielki rezerwuar biomasy i zaabsorbowanego CO2, który mógłby konkurować z zasobami leśnymi niejednego z państw Zachodu. I to jest dopiero rewelacja, która nie pozostaje bez znaczenia dla neutralności klimatycznej, którą przejmują się autorzy Onetu i Gazety.